Dolecieliśmy do
Accry środową nocą. Lotnisko w strefie przylotów wygląda b
mizernie (po za 1
kantorem brak czegokolwiek: sklepu, kiosku - zupełnie pusto).
Taksówkarze
opadli nas natychmiast, nie mieliśmy zbyt dużo możliwości – ze względu
na porę
trzeba było szybko dostać się do hotelu (St. George’s za 207 tys Cedi
za pokój
z łazienką, wodą, tv i AC; 1 US$ = 9tys C).
W czwartek (10.02)
rano
(niemiłosierny upał) wybraliśmy się na poszukiwanie bankomatu. Niestety
okazało
się, że w całej Ghanie jest ich b mało, a jeśli już są działają tylko
na karty
Visy. My mieliśmy Visę kredytową i z niej musieliśmy (mimo wysokiej
prowizji)
podejmować Cedi. Mieszkańcy Accry zachowywali się wobec nas b
przyjaźnie (dużo
uśmiechów, pozdrowień). Miasto (2mln) nie ma w sobie nic ze
stołecznego
splendoru: wzdłuż ulic stragany, budy, warsztaty, niska, brudna
zabudowa,
kobiety noszą na głowach całe kramy (małe przenośne sklepiki, owoce,
wodę w
cynowych misach, czyli po prostu wszystko). Główne ulice dość
szerokie (często
jednokierunkowe), ale bez problemu można spotkać na nich stadko
kóz. Środkiem
transportu miejskiego (i krajowego) są przede wszystkim tro-tro (b
rozklekotane
mikrobusiki Nissana, Toyoty, Merca) o gumowej pojemności; cena za
przejazd po
mieście jest b niska (500-1000 C). Oprócz tro-tro funkcjonują
jeszcze taxi
(często zabierające wielu pasażerów na raz). Boczne ulice bywają
niewybrukowane, są kolejnym źródłem wszechobecnego tu kurzu
(najwięcej kurzu
przynosi harmattan – gorący, suchy wiatr z Sahary), śmietników
tak w Akrze jak
i w całej Ghanie brak. Każdy wyrzuca swój śmieć tam gdzie
przestał go używać,
podobnie toalety to zwykle mury domów lub odkryta (b cuchnąca)
kanalizacja
miejska lub plaża toteż wiele płotów zdobi napis „do not urinate
here” lub „do not
defecate here”. Naczynia używane w ulicznych jadłodajniach są zwykle
wielorazowe, rzadko myte, jedzenie nakładane tymi samymi rękami co
nieprawdopodobnie
brudne banknoty Cedi (największy nominał to 20tys C, czyli 2,5$ !!!).
M.in.
dlatego tyfus, polio, malaria i inne choroby to b b poważny problem, na
rozwiązanie którego oczywiście brak funduszy. Około południa
wyruszyliśmy do
Cape Coast (oczywiście tro-tro, autobusów jest tu b mało).
Trotro odjedzie
dopiero, gdy się zapełni (a jest jak zawsze „gumowe”), trudno jest więc
planować czas
odjazdu. Do tego,
jeśli wysiądzie się gdzieś po drodze, w małej
miejscowości – b trudno się stamtąd wydostać. Przemykają przed oczami
pełne
tro-tro jadące do większego celu…Trotro są tanie, choć właśnie podczas
naszego
pobytu cena benzyny wzrosła skokowo o 50% powodując demonstracje i
protesty
kierowców oraz ich, oburzonych podwyżką cen biletów,
pasażerów. Zaletą trotro
jest bilet z wypisaną stałą dla wszystkich (także białych!) ceną oraz
duża
szybkość (gdy już ruszy J ). Dotarcie na dworzec Kaneshi w Accrze
(dworców w każdym ghanijskim mieście czy miasteczku jest wiele…)
było
uciążliwe: żar z nieba, dworzec leży po środku ogromnego, zatłoczonego
do
granic możliwości targu gdzie b trudno znaleźć właściwy busik
(wyjechanie z
takiego dworca- bazaru też nie jest łatwe). Zlitowała się nad nami
jakaś
dziewczyna z całym straganem na głowie: wskazała trotro do Cape Coast i
kasę
biletową (buda sklecona z desek, w niej decha-biurko, okienko i b ważny
pan
bileter). W rozpadającej się b brudnej toyocie upchnięto 23 osoby,
droga do CC
jest w przebudowie (jak wszystkie drogi w Ghanie!) więc znacznymi
odcinkami
jechaliśmy po czerwonej, b kurzącej i trzęsącej żwirówce. Ok.
160 km jechaliśmy
przez zieloną sawannę z wysokimi kopcami termitów i rzadko
rozrzuconymi wysokimi
drzewami, poprzetykaną licznymi wioskami – domy murowane lub gliniane,
kryte
blachą falistą lub strzechą. Na każdym postoju trotro są oblegane przez
sprzedawców ananasów, pomarańczy, papai, smażonych
plantainów (rodzaj banana
jadalnego dopiero po ugotowaniu), ciastek, chustek do ocierania potu,
zimnej
wody w torebkach, pasty do butów lub zębów i innych
różności – oczywiście cały
towar jest trzymany na głowach w oszklonych drewnianych skrzynkach lub
cynowych
misach. W Cape Coast (dworzec
oczywiście na
bazarze) pieszo ruszyliśmy w
poszukiwaniu hotelu. Taksiarze – jak na widok białych z plecakami nie
byli zbyt
namolni, dzieci krzyczały za nami „hello obruni” (halo biały
człowieku), było
to b powszechne witanie nas, lub uśmiechnięte od ucha do ucha na jednym
wdechu:
„helobruni hałarjufajn fenkjuu”) Zdecydowaliśmy się na nowy (więc i
dość
czysty) hotelik Mighty Victory (140tys C/2os, z wiatrakiem i b
przyzwoitą
łazienką). Cape Coast ma ładną nadmorską promenadę (z b licznymi
charakterystycznymi
dla całego wybrzeża łodziami rybackimi – z jednego pnia drzewa, wąskie,
b
długie łodzie, napędzane prymitywnym żaglem, często kolorowo malowane).
W
miasteczku normalne (w naszym znaczeniu) sklepy prawie nie występują,
mnóstwo
jest zaś straganów dosłownie ze wszystkim (np. telewizory
sprzedawane bez
pudeł, stoją wprost na piachu, podobnie meble – łóżka, kanapy,
fotele, obok
pyszna ryba z grilla lub częściowo obrane nadkrojone od góry
pomarańcze do
wyciskania sobie soku, smażone plantainy, warsztat szewski, plastiki
itp.).
Ludzi na ulicach jest b dużo, zawsze b kolorowo ubranych (kobiety
często w
chustkach charakterystycznie wiązanych na czole), wielu mężczyzn chodzi
w
kolorowych koszulach sięgających ziemi, na nogach wszyscy noszą gumowe
„japonki”.
Niestety, tutejszy angielski (choć to ghanijski język urzędowy) dla nas
był b
trudno zrozumiały (skarżyli się na to także i „native speakers”), a
nasz
angielski dla Ghanijczyków jeszcze mniej…
W piątek (11.02)
zjedliśmy
śniadanie z ulicznego straganu (ryż z makaronem, fasolą i czymś jeszcze
polane
b ostrym sosem, 5tys C) i z kolejnego dworca (tym razem na Kotokuraba
Market) złapaliśmy
trotro do Parku Narodowego Kakum. Chroni on ostatnie obszary lasu
równikowego
na południu Ghany, a jego największą atrakcją jest 7 spacerowych kładek
(wstęp
aż 90tys C/os) zawieszonych na sznurach w koronach potężnych drzew, na
wysokości 30 – 40 m, skąd można obserwować piękny las (i tylko las bo
nielicznie występujące tu zwierzaki wyniosły się w mniej uczęszczane
rejony
parku). Przepuściliśmy hałaśliwą szkolną wycieczkę i w 9 osobowej
grupie
„zaliczyliśmy kładki” (dla nas bez większych emocji) i już we dwoje
zrobiliśmy
krótką wycieczkę do lasu (cykady grały ogłuszająco, piękne
motyle, gęste
paprocie, drzewo obwieszone gęsto zwisającymi ptasimi gniazdami). Przy
szosie
do Cape był mini straganik z pomarańczami (3 sztuki za 1tys C) oraz kenkey, czyli kluchą ze sfermentowanej
kukurydzy zawiniętą w liść palmowy, po drzewach hasały małpy, a kenkey
było
przygotowywane w charakterytycznym glinianym piecu umieszczonym w
chacie-szałasie wprost na ziemi). Z powrotnego trotro obserwowaliśmy
wioskowe
życie: zbiór pomarańczy, kobiety ubijajace prawie 2 metrowymi
tłuczkami ciasto
na fufu (kasawa), banku (plantain lub
yam) lub kenkey w ogromnych
stągwiach. Sporo kobiet uczestniczyło w budowach, dźwigając na głowach
duże
gliniane cegły lub produkując je, dzieci noszone są zawsze na plecach w
ciekawie wiązanych chustach (wydaje się że kobiety tutaj są znacznie
znacznie
bardziej pracowite od mężczyzn). W Cape Coast zwiedziliśmy jego
główną atrakcję
zamek-fort Cape Coast Castle (imponująca budowla usytuowana na skarpie
nad
oceanem, niestety nie zachowało się nic poza budynkiem i licznymi
armatami
rozstawionymi na murach, 1637r).
Sobota, 12.02 – na
śniadanie fufu (b smaczna klucha z
tłuczonej kasawy, pływająca razem z jajem lub mięsiwem w ostrym
pomidorowym
sosie, 2,5tys C) oraz po 5 pomarańczy (za 1tys C). W pobliżu naszego
hotelu
jest wzgórze , na którym wznosi się kolejny malutki fort
Victoria (1702r).
Zdecydowalismy się tam wejść. W
opustoszałym
forcie czatował na turystów
samozwańczy przewodnik (który absolutnie nic nie wiedział ani
powiedział o
obiekcie), daliśmy mu na odchodnym 5tys C, po zejściu otoczyło nas 3
młodzieńców, żądających opłaty za wstęp. Powiedzieliśmy, że już
zapłaciliśmy
komuś na górze, z wrzaskami oburzenia popędzili na szczyt
zapewne zabrać łup
„przewodnikowi”. Później pojechaliśmy do 20tysięcznej Elminy (15
km, w trotro
wystrojona na fioletowo Murzynka z szerokim uśmiechem wyjęła mi z ręki
banknot
2tys C i zapłaciła nim za siebie) zobaczyć zbudowany w 1482 roku przez
Portugalczyków St George’s Castle, który jest najstarszą
zachowaną budowlą
zbudowaną przez Europejczyków w subsaharyjskiej Afryce, przy
okazji Miejscem
Światowego Dziedzictwa UNESCO. W forcie tym znajdują się słynne „drzwi
bez
powrotu” przez które miliony czarnych niewolników
przechodziło na statki
wiozące ich do Ameryki, z której już nie wracali. W Elminie jest
jeszcze St
Jago Fort, zlokalizowany na drugim wzgórzu, który jako
chyba jedyny w Ghanie
nigdy nie służył do handlu niewolnikami, a jedynie stanowił wsparcie
dla
głównego fortu St George’s. U stóp fortów
rozciąga portowa laguna (bardzo
zanieczyszczona, czarna woda ze stosami śmieci) z licznymi łodziami
rybaków. Warto
tu jeszcze obejrzeć posubany – (znajdujące się w opłakanym stanie
budynki,
stanowiące punkty zborne lokalnych klanów, ozdobione
przedziwnymi, kolorowymi i
nieco tandetnymi gipsowymi figurkami) oraz stary holenderski cmentarz.
Szybko
przyczepił się do nas jakiś „przewodnik”, na spławienie którego
poświęciliśmy
10tys C, nie daliśmy się natomiast naciągnąć pseudo-ofiarodawcom
muszelek z
wypisanym moim imieniem (o które mnie wcześniej spytali). W
miasteczku trwały
pogrzeby – stypa w Ghanie to 7 rozśpiewanych i roztańczonych dni,
kobiety w
eleganckich czarno-czerwonych sukniach i chustkach z węzłem na czole,
mężczyźni
na czarno (także w długich do ziemi koszulach) z przypiętymi do piersi
xerówkami zdjęcia zmarłego. Jest to też rzadka chyba w Ghanie
okazja do picia
alkoholu (papierosów pali się b mało, nie jest to tutejszy
zwyczaj!). Dzieci
krzyczały tradycyjne „hello obruni” i podawały nam rękę (często
mówiąc przy tym
„10 thousands cedis” lub „give me a pen”, nie obrażając się gdy to
ignorowaliśmy). Wróciliśmy wieloosobową taxi (po 5tys C),
wysiadając zeń trochę
wczesniej by zwiedzić przydrożne b biedne wioski (wszystkie domy i
płoty
plecione z trzciny). W jednej z chat zaproszono nas do obejścia, za
robienie
zdjęć daliśmy 10tys C. W Ghanie i Togo (a podobno w całej Afryce
Zachodniej)
obsesyjnie nie znoszą aparatu fotograficznego. Nieprzyjazne miny i
gesty
pojawiają się przy każdej prawie próbie fotografowania
człowieka, straganu lub domostwa.
Często rezygnowaliśmy więc dla zachowania dobrej atmosfery. Jest to
nieuzasadniona dla nas fobia, która na pewno jeszcze bardziej
obniża poziom
tutejszych turystycznych przyjemności. W Cape Coast w wytwornej Cafe
Oasis
uraczyliśmy się całkiem dobrym (i b zimnym) ghanijskim piwem Star
(7-10tys /
0,7L; podczas naszego pobytu temperatury to 32-39C w dzień oraz 25-28C
w nocy
(dane meteo; Ghana jest jednym z najcieplejszych krajów świata),
czyli żar ze
słonecznego nieba, tłumiony jedynie czerwonawym kurzem nawiewanym z
Sahary i z
pól) i przeszliśmy na b ciekawy, kolorowy targ.
Niedzielny ranek
(13.02) spędziliśmy na następnym dworcu oczekując (ok. 30 min) na
zapełnienie
się trotro do Kumasi. Mieliśmy czas na dworcowe śniadanie:
kenkey, lokalne
ciastka i pyszne sfermentowane piwo z b dziwnych czerwono-czarnych
owocków pamu
serwowane z naczynia i w miseczce z wydrążonej tykwy. W czasie 3
godzinnej
jazdy mijaliśmy wioski, w każdej, nawet najmniejszej po kilka
kościołów
chrześcijańskich różnych wyznań (od katolickich przez
protestanckie,
luterańskie, mormońskie, jehowy, różnych świętych dni ostatnich
lub
ósmych) oraz skromny, schludny
meczecik.
Islam robi furorę w krajach regionu – po pierwsze są tylko 2 podobne
odłamy,
ponadto znacznie mniej chce pieniędzy od swych wyznawców – jak
głoszą napisy
meczety często sponsorowane są przez wspólnoty np. z Kuwejtu.
Jałumużna
wymagana przez tą religię jest poświęcana na potrzeby biednych
współwyznawców
(a takich jest tu b b dużo). Ludzie idący na nabożeństwa ubierają się
schludniej, czyściej i jeszcze bardziej kolorowo. Mijaliśmy też b
liczne w
Ghanie kontrole policyjne (zatrzymują pojazd, inkasują łapówę i
można jechać
dalej, odsikanie się tuż przy policjancie przez kierowcę czy
pasażerów
traktowane jest zupełnie normalnie). Kumasi (1 mln, drugie miasto
Ghany) to
stolica regionu ludu Ashanti. Tradycyjni mężczyźni Ashanti noszą togi
(jak w
Rzymie) białe lub kolorowe i wzorzyste. Lud Ashanti ma swego
króla (i
matriarchalne dziedziczenie tronu) zamieszkującego w pałacu zbudowanym
przez
Brytyjczyków. Poprzedni pałac (1925r, również przez
Brytyjczyków, oba wyglądają
jak zwyczajne domy) przerobiono na muzeum władców Ashanti (
Manhyia Palace
Museum-wstęp 40tys C, b miła przewodniczka, dość interesujące
zwiedzanie, choć
niewiele do zobaczenia, bo historia ludu jest stosunkowo uboga i
płytka, zdjęć
robić nie wolno). W mieście jest największy w Afryce Zachodniej targ
Kejetia (z
góry wygląda jak gigantyczne slamsowisko – rzędy ochydnych bud),
w niedziele b
niemrawy. Na obiad wybraliśmy się do National Cultural Centre (czyli
warsztaty
i sklepiki z badziewiem turystycznym), ale rekomendowana przez
wszystkich
tamtejsza restauracja nie serwuje w święta tradycyjnych
posiłków, a podanym
kurczakiem strułam się potwornie (kilkudniówka). Naszym hotelem
w Kumasi był b
ochydny – Menkah Memorial (unikać jak ognia, podobno b sympatyczny jest
odnowiony Presbyterian Guesthouse) – ponury, b brudny, woda jedynie z
wiadra i
to w b ograniczonej ilości, komary, 100tys C „apartament”!!).
W poniedziałek (14.02)
zjedliśmy tradycyjne ghanijskie śniadanie – kobiety rozkładają rankiem
na
ulicach palenisko z węgla drzewnego, stolik i ławki i gotują: kakao
(„Milo”
firmy Nestle, główny eksportowy produkt Ghany, surowe owoce
kakaowca nie mają
nic ze smaku an zapachu kakaa), kawę (Nesca), herbatę Liptona z
obowiązkową
tłustą śmietaną z puszki oraz jajecznicę (żółtka zupełnie białe)
z białym
bezsmakowym chlebem (ok. 20tys C za 2 osoby). Przeszliśmy w
poszukiwaniu
bankomatu do dzielnicy bankowej (zupełnie nie podobnej do
euro-amerykańskich
czy azjatyckich), a potem pojechaliśmy do małej wioski Ejisu (20km),
gdzie
miało być muzeum królowej matki, która na początku XX
stawiła zbrojny opór
Anglikom ratując kultowy królewski złoty stołeczek plemienia
Ashanti. Muzeum
oczywiście nie było, ale zaprowadzono nas do siostry obecnej
królowej matki
(więc i potencjalnej kandydatki na rodzicielkę dalszych
królów), którą okazała
się być najbrudniejsza z otaczających nas starszych kobiet. Zostaliśmy
jednak
przyjęci b uroczyście (tłumaczem był dwudziestoparoletni kuzyn siostry
królowej) i w licznym pochodzie zaprowadzeni przez plantacje
kakao, kasawy,
manioku i in. do starej, glinanej
jeszcze części Ejisu. Po drodze przekroczyliśmy pojedyncze tory
jedynego
pociagu (Accra-Kumasi raz dziennie w każdą stronę, w Kumasi wzdłuż toru
rozłożone są stragany Kejetia Market, zbierane w pośpiechu gdy
nadjeżdża
pociąg). Tu jedyny raz ludzie nam chętnie i z życzliwoscią pozowali do
zdjęć,
kwota 50tys C napiwku sprawiła, że do szosy zostaliśmy odprowadzeni
przez
równie liczny i dostojny korowód. Był spory kłopot ze
złapaniem trotro bo Ejisu
nie jest stacją docelową, wszystkie przejeżdżające pojazdy były
totalnie
zapchane, a pojedyncze miejsca natychmiast zajmowane przez pchających
się
czarnych oczekujących. Jako biali turyści nie mieliśmy uprzywilejowanej
pozycji, wręcz przeciwnie. Nasi gospodarze użyli fortelu – przeszliśmy
trochę
do przodu i udało się złapać wieloosob. taxi (po 5tys C, trotro po
2tys). Wieczorem
wybraliśmy się na imponujący rozmiarami, ale nie różnorodnością
towarów targ
Kejetia. Wygląda na to, że podstawową pracą w Afryce Zach jest handel
(tylko
kto kupuje??), towary b tandente, przedmioty codziennego użytku,
ubrania i
jedzenie (słowo bezrobocie jest pojęciem nieznanym, to problem
jednostki czy ma
pracę czy nie, państwo się tym w żaden sposób nie przejmuje, ani
nie liczy
zatrudnionych lub nie). Na targu byliśmy b mile pozdrawiani (mogliśmy
też
popróbować nieznanych potraw), często podawano nam rękę, a mnie
dotykano by
pomacać jasną skórę obruni.
We wtorek (15.02) wyruszyliśmy
do Fiema-Boabeng Monkey Sanktuary, czyli rezerwatu małp (położonego w
pobliżu 2
wiosek Fiema i Boabeng). Poczekaliśmy
ok. godziny
na trotro (zaliczając 3. już
dworzec w Kumasi) do Techiman (12tys C +
tradycyjna opłata za bagaż – nasz spory plecak kosztował zwykle do
10tys C), gdzie
błyskawicznie przesiedliśmy się do wieloosob. taxi do N’koranzy (5 tys C). Tu znów wpakowano nas do b
zapchanego trotro (3tys C) do Fiemy i Boabeng – ok. 20km drogą gruntową
(odległych od siebie o jakieś 2 km). Pomiędzy wioskami położony jest
ubogi hotelik
(czyste pokoje z wiatrakiem i łóżkami, 40tys C), z wodą w studni
(ale zdatną do
picia – chyba ewenement w Afryce), serwuje też skromniutkie posiłki
(innej
opcji nie ma, w wioskach brak sklepików czy restauracji) po
20tys C obiad i
10tys C śniadanie. Spotkaliśmy tu parę Anglików – wolontariuszy,
emerytowanych nauczycieli
angielskiego w szkole w Fiema (edukacja, nawet przedszkolna, jest
płatna, w miastach
szkoły to duże płaskie, brudne budynki z otworami bez szyb i drzwi, w
wioskach
często też „pod drzewem”. Szkoły są w każdej wiosce, toteż brakuje
nauczycieli
(są oni „od wszystkiego”, a nie wyspecjalizowani w poszczeg.
przedmiotach),
dzieci uczą się w jednolitych strojach np. pomarańczowo-brązowych,
fioletowo-czarnych, niebiesko-zielonych). Stałymi mieszkańcami były też
2
Kanadyjki – badaczki małp, ale akurat wyjechały z rezerwatu. Wstęp
kosztuje
40tys C (jednorazowo) + 10tys C napiwku dla przewodnika (prowadzi on na
spacer
po lesie, demonstruje różne drzewa np. jedno drzewo zaczyna
obrastać drugie,
wbijając w pień swoje korzenie. Po pewnym czasie drzewo matka umiera i
pozostaje tylko drzewo pasożyt, stojące na ażurowej konstrukcji korzeni
oraz najważniejszą
atrakcję terenu: 2
gatunki małp: małpy
Mona i czarno-białe Colobusy. Mniejsze
Mona jako mniej płochliwe 2 razy dziennie przychodzą do wiosek i kradną
jedzenie (mogą to robić bezkarnie gdyż wg wierzeń w małpach żyją
ludzie, mają
nawet swój cmentarz identyczny jak ludzki), resztę czasu
spędzają w niższych
partiach drzew żywiąc się wszystkim co znajdą lub upolują. Większe,
piękne
Colobusy nie przychodzą do wsi (jedynie czasem podkradają glinę), żywią
się
liściami, przebywając wysoko na gałęziach, ich piękne puszyste białe
długie
ogony służą do zachowywania równowagi przy skokach, ich rodziny
często walczą ze
sobą – są terytorialne.
Środa (16.02) dzień
relaksu – chodziliśmy po miejscami pierwotnym lesie, śledząc liczne
stada
hałaśliwych małpiszonów oraz po obu wioskach. Wszyscy nas miło i
z uśmiechem
witali także i budowniczy wioskowej latryny (ale aparatu lepiej nie
wyjmować –
natychmiast pojawia się żądanie zapłaty).
W czwartek (17.02) postanowiliśmy
wcześnie wyruszyć do największej chyba atrakcji kraju – Mole National
Park. Już
podczas śniadania widzieliśmy 2 zapełnione trotro zmierzające do
N’koranzy. Przed
ósmą znaleźliśmy się na przystanku („pod dużym drzewem”) w
Fiema. Czekały 2
kobiety, potem przybyło chętnych. Gdy po ponad 2 godzinach przyjechało
pełne
już trotro wszyscy rzucili się w jego kierunku, dla nas zabrakło
miejsca!
Puściłam im tekst o rozczarowaniu ich rzekomą gościnnością,
którą sami się b
chwalą (Ghanijczycy uważają się za najsympatyczniejszych
mieszkańców Afryki
Zach a może i całego kontynentu, ciekawe kto im to powiedział??).
Pojazd
odjechał i zaraz ktoś zaproponował nam transport do N’koranzy za 100tys
C
(trotro od 2 osób 7tys C !). Odmówiliśmy. Po pewnym
czasie to samo trotro
wróciło – jakoby specjalnie po nas. Mnie wsadzili na trzeciego z
przodu, ale
Mirka ludzie nie chcieli wpuścić do środka! Kierowca i jego towarzysz b
długo
im tłumaczyli by zrobili miejsce w samochodzie – wreszcie się udało. Za
chwilę
auto zatrzymało się i dosiadło 5 dzieci (znalazło się miejsce! Mirek
miał
współpasażera na kolanach). Dotarliśmy więc po prawie 4
godzinach do N’koranzy
(nasze najdłuższe oczekiwanie na trotro) gdzie bez problemu złapaliśmy
transport do Techiman, a stamtąd do Kintampo. Tu oczywiście okazało
się, że do
Mole nic nie jeździ. Do Tamale łatwiej było się dostać (dla
wyjaśnienia:
Kinatmpo położone jest jak Warszawa, Park Mole jak Szczecin, Tamale jak
Suwałki. Jedyna droga wiedzie przez Gdańsk-Fufulso, ale tu nie ma sensu
wysiadać ponieważ jedyny stąd dojazd do Szczecina-Mole to raz dziennie
jeżdżący
autobus z Suwałk-Tamale, który się jeszcze w dodatku tu nie
zatrzymuje!, ruch
lokalny jest znikomy. Wszyscy jeżdżą więc z Wwy-Kinatmpo do
Suwałk-Tamale i
tymże autobusem do Szczecina-Mole). Takich kuriozów
komunikacyjnych w Ghanie
jest b dużo. Nie mieliśmy ochoty na taką podróż, tym bardziej że
trotra do Tamale
tylko przejeżdżają przez Kintampo, są zatem bardzo zapchane a
odległości duże –
szkoda nam
było dnia.
Zdecydowaliśmy się na wynajęcie taxi –Daewoo-Tico od razu
do Mole Park. Po długich targach stanęło na 400tys C. Krajobraz za
Kintampo
zmienia się znacząco – znikają drzewa, rośliność niska, sucha, nawet
tak
charakterystyczne dla ghanijskiego obrazu ogromne termitiery (nawet
2-3,5 m)
zrobiły się szare a nie czerwone jak dotychczas; wioski b ubogie, bez
straganów
i obnośnych sprzedawców, składające się z utworzonych przez
okrągłe gliniane
kryte strzechą chatki ustawionych również na planie okręgu
kilkunastu obejść; w
większości wsi brak prądu, zapewne też duże kłopoty z wodą; wiatr (w
każdym
trotro czy taxi rolę klimatyzacji pełnią szeroko otwarte okna) b gorący
i
suchy. Na rozstajach w Fufulso taksiarz wziął 2 pasażerów pod
pretekstem, że
nie zna drogi (droga stąd jest tylko jedna, gruntowa bez żadnych
skrzyżowań!).
Wkrótce Tico nie wytrzymało wstrząsów i coś zaczęło w nim
łupać. Na szczęście
jeden z pasażerów umiał je naprawić (kierowca nie miał nawet
właściwych kluczy).
Perspektywa czekania na cokolwiek co by nam jakoś pomogło w
bezcieniowym żarze
na tym pustkowiu wyglądała rozpaczliwie. Dojechaliśmy do niejakiego
Damengo
(stąd jeszcze 40km do Mole) gdzie najpierw wysiadł jeden z
pasażerów, samochód
obleźli jacyć podejrzanie wyglądający cinkciarze a taksówkarz
oświadczył, że
miał nas dowieźć tylko dotąd, dalsza podróż to dodatkowe 150tys
C. Wkurzyliśmy
się strasznie: umowa jest umową (ale nie dla Murzynów z Ghany),
a my nie umawialiśmy
się przecież na przywiezienie do miejscowości, której nazwy
nigdy nie
słyszeliśmy! W ostateczności kazałam zawracać do Kintampo bez płacenia!
O dziwo
poparł nas pozostały pasażer (ten sam, który naprawił auto) i
ruszyliśmy do
Mole. W Larabandze (mała wioska 6km przed parkiem) znów się ktoś
dosiadł. Do
bram parku dotarliśmy o zmierzchu, ok. 18-ej. Po krótkiej
dyskusji, że nie
będziemy płacić za wjazd naszych pasażerów i samochód
wysiedliśmy, zapłaciliśmy
taksiarzowi, strażnikom za wstęp (po 40tys C) i poszliśmy pieszo 2 km
do hotelu
w Parku Mole. Najpierw powitało nas pasące się na przednich kolanach
stado
guźców, potem spora antylopa, gromadka pawianów, a na
końcu ogromny,
majestatyczny …słoń – wszystko tuż obok nas. To trochę zrekompensowało
trudy
dnia. Niesamowicie zakurzeni, zmęczeni i brudni dotarliśmy do hotelu.
Warunki b
dobre, przyjemne pokoje z łazienką (180tys C), restauracja ze wspaniałą
kuchnią
ghanijską a nawet odkryty basen. Rozmawialiśmy z parą młodziutkich
Kanadyjczyków – wolontariuszy językowych. Dowiedzieliśmy się, że
prócz ceny
biletów za wolontariat musieli zapłacić jeszcze po 700 US$ za
swoje 3
miesięczne utrzymanie (mieszkali u dyrektora szkoły, ich zdaniem z
Ghanijczykami
b trudno wejść w jakieś bliższe, bardziej przyjacielskie kontakty,
narzekali na
humory pani domu). Ktoś (w międzynarodowej skali) robi na tym niezły
interes
(ghanijska rodzina dostaje z tych 700$ jedynie połowę, a przecież z
pewnością i
organizacje humanitarne dokładają do całej inicjatywy).
Rankiem w piątek
(zbiórka o 7:00) poszliśmy na piesze safari (6 turystów +
przewodnik z bronią),
widzieliśmy dużo antylop, guźce, krokodyle w bajorze, pawiany a na
koniec
więcej niż 30 słoni kąpiących się w sadzawce. Mogliśmy je obserwować z
odległości 30-40m. Z hotelu roztacza się wspaniały widok na sawannę ze
słoniami
(duużo), pawianami i antylopami. Po terenie ośrodka biegają pawiany,
pasą się
guźce. Super!!! Ok. 11-ej upał był już nie do wytrzymania do tego b
suche i
gorące powietrze. W tych warunkach 6km spacer czerwoną żwirówką
do Larabangi
okazał się wyczerpujący. W Larabandze jest jednak słynny XVw meczet w
stylu
kaktusowym (podobno najstarszy budynek w tej części Afryki) i
musieliśmy go
obejrzeć. Akurat trwały modły, trzeba było chwilę poczekać, uiściliśmy
opłatę
po 10tys C „na konserwację” i bez problemu mogliśmy go obfotografować
wraz z
otaczającymi go ludźmi (do środka niewierni wstępu nie mają). Podobnie
zresztą
jak i całą Larabangę, dla nas wyjątkowo sympatyczną (zdjęcia
bezproblemowe,
dzieci podchodziły się przywitać a „przewodnicy” b szybko odstąpili).
Wodę
przywozi się aż z parku Mole samochodami w rozmaitych beczkach i
karnistrach
(także w tutejszym hoteliku jej brak daje się we znaki) – bród,
smród (główna
latryna tuż przy największej „restauracji”, czyli budzie z desek z
deskowym
barem) i nędza, warunki do życia straszne. Powrót w upale był
znów
wyczerpujący, w hotelu więc zalegliśmy obserwując guźce i pawiany.
Sobota: jedyny
środek komunikacji – autobus do Tamale wyrusza teoretycznie o 4:30.
Opóźnił się
tylko o 15 minut!, razem z nami jechało jeszcze 6 białych. W
drodze dosiadł się
prawdziwy tłum lokalnych z niezliczonymi tobołami. Autobus jak na stan
drogi (w
większości gruntowa i dziurawa) i ogromne obciążenie jechał dość żwawo
i już
ok. 9ej byliśmy w Tamale – stolicy Ghany północnej.
Zdecydowaliśmy się na Al Hassan
hotel (położony tuż obok dworca), raczej brudnawy i obskórny
(dwójka z łazienką
i wiatrakiem 80tys C). Może on jednak poszczycić się naprawdę dobrą
restauracją
(sycący obiad z piwem kosztował nas 55 tys C), gdzie po raz pierwszy do
tradycyjnych ghanijskich potraw (klucha banku
z mięsem i ostrym sosem) jedzonych zawsze bez użycia sztućców
dostaliśmy miskę
z wodą i płyn do mycia rąk.Okazało się, że festiwalu z okazji
muzułmańskiego
nowego roku (w Larabandze miał się odbyć) nie będzie ze względu na
żałobę po
ciągle nie pochowanym (2 lata od zabójstwa) królu
tutejszego ludu Dagomba
(władca miał 22 ogolone na łyso żony, zamieszkiwał wraz z nimi w Yendi,
w
glinianym pałacu, który teraz stoi pusty, bo żony ze strachu
przeniosły się do
koszar policyjnych). Z tego powodu zrezygnowaliśmy z wizyty w Yendi.
Położone
na wzgórzu Tamale nam b przypadło do gustu. Ludzie
(głównie muzułmanie; o
odpowiednich porach mężczyźni wyciągają dywaniki i bijąc pokłony modlą
się z
twarzami w stronę Mekki, kobiety b kolorowo ubrane, ale w chustkach)
bardziej
przyjaźni a mniej nachalni, dzieci nam machały, ale bez okrzyków
a tym bardziej
żądania pieniędzy. Atrakcji turystycznych tu jednak brak, nie licząc
rzadkiej
już tradycyjnej okrągłej zabudowy (gospodarstwa na planie koła), krytej
strzechą oraz straganów z suszonymi krowimi łbami i kopytami.
Przeszliśmy się
do hotelu misji katolickiej (niestety zbyt daleko od centrum),
która jednak
wydaje się być bardziej seminarium dla kleryków z Ghany niż tym
co potocznie
uważane jest za misje. Transport lokalny wygląda na mniej powszechny
niż w
Accrze czy Kumasi, owoce (pomarańcze i ananasy) znacznie droższe
(sucho). Jak
we wszystkich miastach Ghany (ze stolicą włącznie) pałętają się stada
kóz.
Podobnie charakterystycznym widokiem są uliczne zakłady fryzjerskie –
koślawy
stołeczek, plakat z modelami i dziewczyny i kobiety robiące sobie
nawzajem
fryzury – im bardziej fikuśnie zaplecione warkoczyki tym bardziej
elegancko. W
Tamale spotkaliśmy dużo zakładów krawieckich (ale te już pod
dachem).
Niedzielę ( 20.02)
zaczęliśmy od mszy w katolickiej katedrze. Fajny był chórek przy
akompaniamencie bębnów oraz sposób zbierania na tacę:
wychodzi cała ławka,
idzie na koniec kościoła gdzie stoją drewniane pojemniki, wrzuca ofiarę
i wraca
drugą stroną. Ludzie ubrani naprawdę odświętnie, ładnie i kolorowo;
komunia
podawana również przez czarne zakonnice, na rękę. Po mszy i
tradycyjnym
śniadaniu (jajka i kakao Milo za 30tys C) wyruszyliśmy państwowym
autobusem STC
do Accry (po 90tys C), ok. 600km –12 godz. Autobus wystartował
punktualnie o
10:00, część pasażerów goniła go taksówkami. Zajęte były
wszystkie zwykłe
miejsca i wszystkie „dostawki” w środku (+- 70 osób i tylko my
biali). Początek
trasy nie zapowiadał czekającej nas mordęgi – bus jechał szybko, nawet
15 min
odpoczynek w Kintampo nie przedłużył się za bardzo. Za Kintampo coś się
zepsuło, na szczęście próba naprawy okazała się na tyle
skuteczna, że
przejechaliśmy ze 200km do Kumasi. Tu zjechaliśmy do warsztatu,
reperacja potrwała
godzinę. Przy panujących temperaturach, tłoku, kurzu atmosfera wewnątrz
autokaru była nie do zniesienia nawet dla miejscowych (jedyna
klimatyzacja to
pootwierane okna) szczególnie na postojach lub gdy bus zwalniał.
Zdarzało mu
się to często ze względu na sunące wolniutko super-przeładowane,
super-długaśne
ciężarówy. Sporo takich tirów, a także osobowych trotro
widzieliśmy całkowicie
roztrzaskanych w rowach. W Ghanie śmiertelnych wypadków jest
mnóstwo. Przyczyny
to przeładowanie, fatalny stan techniczny dróg i pojazdów
oraz nadmierna
prędkość (choć trzeba przyznać tutejszym kierowcom, że są dobrzy,
stłuczek
prawie nie ma; albo wypadek tragiczny albo szczęśliwy powrót).
Po naprawie
ruszyliśmy dalej. Droga Accra – Kumasi to najważniejsza szosa kraju.
Stan jej
jest jednak fatalny (wąska, dziury, wyboje, częste remonty), do stolicy
dotarliśmy po 13-tu godzinach od opuszczenia Tamale (okolice Kumasi od
strony
Accry to bujne zielone lasy na wzgórzach). Dworzec STC okazał
się oczywiście
nie tam gdzie podawał przewodnik. Udało się nam złapać jedną z 2
oczekujących
taxi i pojechaliśmy do zachwalanego przez Lonely Planet hotelu kościoła
metodystów, niestety w remoncie. Wróciliśmy więc do
znanego już St. Georges,
który tym razem wydał się nam luksusowy (TV, klima, duża
łazienka z ciepłą wodą
za jedyne 170 tysC!!, ale postanowiliśmy „podarować sobie odrobinkę
luksusu”).
Gdy taxi zajechała przed hotel sympatyczny współwłaściciel
ostrym głosem kazał najpierw
wjechać na teren a dopiero potem wyjąć plecak – „bo przecież jest
noc!”. Widać
Accra nie zawsze jest bezpieczna, choć na brak bezpieczeństwa my
narzekać nie
możemy (mało pijanych, brak agresywnych band młodzieżowych).
Poniedziałek
(21.02) – dzień odpoczynku po podróży- spędziliśmy w Accrze.
Smażone jaja na
śniadanie zjedliśmy w rekomendowanej przez przewodnik restauracji White
Bell,
my ją jednak stanowczo odradzamy – kelnerki mają prędkość i wdzięk
krów, z
pewnością też oszukały nas na rachunku (nasza wina!). Zwiedziliśmy
ogromną,
nowoczesną katedrę i poszliśmy do mauzoleum ich bohatera narodowego,
twórcy
niepodległej Ghany – Nkrumaha. Otoczone jest parkiem pełnym symboli:
np. 7
postaci męskich w fontannie to 7 dni stworzenia świata, dmą one w rogi
– tak
powiadamia się w Ghanie o śmierci (tym razem Nkrumaha), z rogów
tych leje się
woda – symbol życia („wiecznie żywy …”). Granitowy szarawy budynek
mauzoleum
(projektu chińskiego architekta, który naszym zdaniem musiał
studiować w
Moskwie) to drzewo – pod którym pragnie odpoczywać każdy Murzyn,
jego gałęzie
są jakby niedokończone, bo praca prezydenta też jeszcze nie zostałą
zakończona
itd… Ciekawe i przyjemne miejsce (wstęp po 15tys C + 15tys C za aparat
foto).
Kolejny etap to plaża miejska (ale nie w stonę slumsowatych okolic
James fortu,
lecz w przeciwną), przerobiona na toaletę publiczną, ze stadami
sępów wśród
śmieci. Ładnie prezentował się jedynie odcinek wybrzeża przy luksusowej
restauracji, z widokiem na skalisty klif i drewniane łodzie (ponieważ
prawie
nie używa się silników łodzie wyruszają na połów wczesnym
rankiem gdy wiatr
wieje od lądu, a wracają po południu, gdy wiatr od morza; technika
żeglowania
jest b prymitywna, nie zmieniła się od tysięcy lat). Centrum bankowo –
handlowe
(czyli okolice bazaru Makola) to b interesujące, tętniące życiem
miejsce. Postanowilismy
sprawdzić sytuację w Togo (w niedzielę 6.02 zmarł prezydent, co
spowodowało
czasowe zamknięcie granic) i trotro udaliśmy się to togolańskiej
ambasady,
która jest zupełnie nie oznakowanym ani nie podpisanym
budynkiem! Tu uspokojono
nas, że wszysko jest OK i wizę tygodniową dostaniemy na granicy. Obiad
zjedliśmy w restauracji przy Muzeum Narodowym (pyszny red
red czyli fasola z mięsem, sosem i smażonym plantainem), gdzie
znów chciano nas oszukać na 10tys C, ale się nie daliśmy.
Odwiedziliśmy
politechnikę – sale bardzo przepełnione, studenci siedzą przy maleńkich
ciasno
ustawionych stoliczkach, przewiewne okna z siatkami p.
moskitom, do sal
wykładowych b łatwo zajrzeć przez nieoszklone okna lub otwarte drzwi
(klimatyzacja jest tylko w 1 nowym budynku). W Accrze przyciągaliśmy
znacznie
mniej uwagi niż gdzie indziej, choć jeśli złapaliśmy z kimś kontakt
wzrokowy
zwykle miło się usmiechał, łatwiej też było robić zdjęcia. W mieście
jest b
dużo żebraków, często ułomnych (nie otrzymują oni żadnych
zasiłków), powietrze
b zanieczyszczone, ulice zaś totalnie zaśmiecone. Roi się od kantorów, banków, mniej niż
gdzie indziej
straganów z jedzeniem, ale za to napoje mrożone i owoce są
godnie
reprezentowane (ananasy, pomarańcze, kokosy, avocado, papaja, arbuzy).
Również
i w stolicy cały towar dźwigany jest na głowach: kobiety noszą misy
pełne jaj,
owoców, ciastek, facet z ryczącym radiem wielkości dużego tv (w
ghanijskiej tv
naszą uwagę zwróciły reklamy, są one bardziej śmiałe erotycznie
niż u nas, np.
pod sufitem kręci się z trudem zdezelowany wiatrak, na łóżku pod
nim leży
babcia, dziadek próbuje się do niej dobierać, ale babcia
odpowiada „tu nie ma
warunków na orgazm”. Zmiana sceny: pod sufitem wiruje nowiutkie
cudo, dziadki
leżą w łóżku przytuleni z b zadowolonymi minami). Pod
wieczór miasto wyraźnie
pustoszeje – kramy zamykano ok. 18ej i w miejscach które
wsześniej były gwarne
i ludne robi się pustawo. Raz wieczorem w całej okolicy hotelu wysiadł
na
krótko prąd.
We wtorek (22.02)
rano złapalismy trotro (po 27tys C) do granicznego Aflao (w hotelu
chciano od
nas wyższą niż uzgodniona cenę, ale negocjacje trwały krótko).
Napchało się
mnóstwo osób aż pasażerowie zaczęli się kłócić i
grozić opuszczeniem pojazdu
gdy okazało się, że kierowca chce zabrać jeszcze jednego grubego
pasażera
(podwyżka cen biletów nie zrekompensowała podwyzki ceny
benzyny). Droga
początkowo to gładka dwupasmówka, szybko jednak zamieniła się w
tradycyjną
dziurawkę- kurzawkę. Jechaliśmy 3,5godz. W Aflao natychmiast obstąpili
nas
taksówkarze oferujący transport do stolicy Togo – Lome
(odległego tylko o
2,5km), kobiety chcące zanieść nasz plecak na głowie, cinkciarze i
żebracy. Z
trudem oganialiśmy się od nich prąc w stronę przejścia. Z Ghany
wydostaliśmy
się bezproblemowo, wizy do Togo też wbito nam sprawnie, ponadto nikt
niczego
nie sprawdzał. Strażnik walił drągiem jakichś ludzi którzy
próbowali wejść do
Togo, my zostaliśmy grzecznie przepuszczeni i dziarsko ruszyliśmy do
przodu.
Tak dziarsko, że przegapiliśmy pierwszy z wybranych hoteli (idzie się
wzdłuż
całkiem ładnej piaszczystej, porośniętej palmami plaży) i
postanowilismy iść do
centrum Lome (do hotelu Mawuli – brudny, zapyziały z komarami, choć z
łazienką
i sympatycznym włascicielem, 5500CFA za pokój, 1US$=500CFA).
Mawuli mieści się
tuż obok najbardziej okazałego budynku w Lome – EKOWASu (bardzo
oryginalny
nowoczesny kształt) i zarazem tuż obok gigantycznego wysypiska śmieci!!
Ulice
Lome wydały się nam tańsze niż Accry (żywność, owoce na straganach:
kokos
50CFA, pomarańcza 25CFA, ogromny obiad w restauracji 4100CFA / 2os),
zaś sklepy
istotnie droższe (choć i znacznie bardziej luksusowe, z klimatyzacją,
kasami
fiskalnymi, dużym wyborem towarów. W Ghanie taki standard można
było spotkać
jedynie na stacjach benzynowych Shella). Ogólnie Lome prezentuje
się mało
okazale, dużo kramów, stoisk na ulicach, sporo żebraków i
nędzarzy, białych
brak! Powietrze w fatalnym stanie bo zatruwają je b liczne motorki
pełniące tu
rolę taksówek, większość ulic nie brukowana dostarcza sporą
porcję kurzu. Togo
jest francusko języczne. Wyraźnie widać wpływy francuskie, kraj jest
wciąż w
dużym stopniu uzależniony od Francji zarówno politycznie jak
gospodarczo (we
Francji drukuje się walutę CFA).
Środa, 23.02. Na
śniadanie zjedliśmy bagietki z mlekiem (b drogi produkt importowany-
850CFA)
oraz charakerystyczny kleik-kisiel ze sfrementowanej białej
kukurydzy
(kwaskowy, b smaczny). Potem poszliśmy do Muzeum Narodowego (po 1000CFA
za
wstęp) – 2 skromiutkie salki, w których jest trochę skorup i
figurek – porażka!
Stąd zaś na market i na plażę. Na plaży pod palmami wypoczywają
mieszkańcy
miasta racząc się pysznymi kanapkami: bagietka z pastą z avocado z
pomidorami i
cebulą za jedyne 200-300CFA. Przeszliśmy w stronę granicy lawirując
między
łodziami i kobietami sprawiajacymi świeżo złowione ryby (jak zwykle
dużo
uśmiechów i pozdrowień). Przyczepił się też do nas jakiś
oślizgły typ i zaczął
za nami łazić. Zanim zdołaliśmy się go skutecznie pozbyć (metodą
odwracania się
i pokazywania go palcem) spotkaliśmy turystę z plecakiem…– Remigiusza
Mielcarka.
Jak się okazało super-podróżnika i pisarza w jednej osobie
(fascynująca postać,
dla mnie najciekawsze zdarzenie w Togo). Razem powłóczyliśmy się
trochę po
mieście, wypiliśmy tutejsze piwo (500CFA/0,7L) i sporo pogadaliśmy o
podróżach
i przygodach Remiego.
W czwartek zaraz po
śniadaniu (makaron z fasolą i warzywami za 300CFA) pomaszerowaliśmy do
granicy.
Tym razem odprawy przebiegły b sprawnie (zażądano tylko żółtych
książeczek
szczepień), wopista w Togo chciał wpisać nasze nazwiska do ogromnej
księgi, ale
chyba przeraziło go ich brzmienie i zrezygnował. Przedarliśmy się przez
chmary
taksiarzy oferujących kurs do Accry decydując się na autobus STC
(jednak
luźniejszy i wygodniejszy na wyboistej drodze). Niestety, autobusem
jechało
mnóstwo ghanijskich business- women (zdecydowały się na autobus
gdyż nawet do
super pojemnych trotro – w których przewożono m.in. żywe
kurczaki, czy stado
kóz na dachu – nie zmieściłyby się ich bagaże wyładowane odzieżą
z przemytu),
na które czatowali celnicy w rozmieszczonych licznie wzdłuż
całej trasy
posterunkach. Za każdym razem żądali haraczu za nie kontrolowanie
pojazdu,
kobiety usiłowały coś wytargować, kłóciły się, jazda się
przedłużała (200km
jechaliśmy ponad 4godziny). W Accrze – obrażeni na St Georges hotel
wybraliśmy
Nkrumah Memorial Hotel (130tys C za pokój z AC, TV,
lodówką i łazienką …bez
światła; w Ghanie każdy chyba hotel musi mieć porozwalane sprzęty lub
niesprawne instalacje…), pochodziliśmy jeszcze po centrum i poszliśmy
spać.
W piątek (śniadanie
u kobiet na ulicy – jaja i Milo, 20tys C) wyruszyliśmy na poszukiwanie
trotro
do Techi, gdzie znajduje się zareklamowany w programie National
Geographic
sklep z trumnami (w Ghanie trumna musi być drewniana by ciało mogło
obrócić się
w proch). Dotychczas widywaliśmy trumny b okazałe, malowane na biało,
różowo
lub brązowo, wykładane z zewnątrz lusterkami i lśniącym materiałem, ale
w Techi
produkowane są trumny o różnych kształtach – w zależności od
upodobań czy
zawodu zmarłego – np. krowa, orzeł, lew, kogut, butelka od piwa lub
coca-coli,
krab, okręt, aparat fotograficzny i inne, wszystkie kolorowo malowane
(nie aż
tak atrakcyjne jak na filmie, ale jednak b oryginalne). 1 egzemplarz
kosztuje
ok. 400-500 US$. Znalezienie właściwego trotro na dworcu Tema zajęło
nam dużo
czasu – dworzec jest b rozległy i odjeżdża zeń mnóstwo
pojazdów. Byliśmy jednak
życzliwie naprowadzani przez pytanych przechodniów. Po powrocie
odwiedziliśmy
Muzeum Narodowe (1tys C), tym razem ciekawe z interesującą ekspozycją
sztuki
afrykańskiej oraz czasową wystawą o historii handlu czarnymi
niewolnikami. Po
pysznym obiedzie w muzealnej restauracji (66tys C) poszliśmy na targ
sztuki
(dla turystów) gdzie kupiliśmy za ostatnie
pieniądze kilka figurek – fertility
dolls (tło tego opisu), potem na targ Makola, zajrzeliśmy jeszcze na
stację kolejową z
której
odjeżdża raz dziennei pociąg do Kumasi.
Sobota – powrót do
domu!!!
W drodze powrotnej
Al Italia zgotowała nam niespodzianki: najpierw okazało się, że w
Boeingu 767 z
Accry do Mediolanu miejsca są nienumerowane – kto pierwszy ten
lepszy!!!
(jeszcze nigdy, a latamy przecież b dużo, z czymś takim się nie
spotkaliśmy).
Idiotyzm! (serwis w samolocie też był poniżej krytyki). Z kolei Boeing
737 z
Mediolanu do Wwy miał podczas lotu jakąś awarię i musiał zawracać już
po
nabraniu pełnej wysokości. Na Malpensie doszli do wniosku, że nie
nadaje się on
do dalszej podróży i przesadzono nas do innego samolotu!!
Naszym zdaniem
mieszkańcy Ghany i Togo są przeważnie b sympatyczni, ale jest to
sympatia
powierzchowna, gdy coś nie działa zasady gościnności łatwo złamać,
umów nie
trzeba dotrzymywać, próby oszukiwania, wyłudzania pieniędzy od
białych są b
częste. W Ghanie jest b bezpiecznie, agresywnych rozwydrzonych band
nigdzie nie
widzieliśmy, mieliśmy też przekonanie, że nawet kieszonkowcy nie
grasują zbyt
intensywnie.
Na zakończenie
dowcip, który opowiedział nam Remi, a który oddaje prawdę
o tym zakątku świata:
spotykają się Biały i Murzyn. Biały chwali się wspaniałym, drogim
zegarkiem:
„patrz! Jaki mam zegarek!”, a Murzyn odpowiada: „ty masz zegarek, a ja
mam
CZAS!!!”.
Powrót
do strony Nasze Podróże