Ghana, Togo, 9.02 - 26.02.2005




Dolecieliśmy do Accry środową nocą. Lotnisko w strefie przylotów wygląda b mizernie (po za 1 kantorem brak czegokolwiek: sklepu, kiosku - zupełnie pusto). Taksówkarze opadli nas natychmiast, nie mieliśmy zbyt dużo możliwości – ze względu na porę trzeba było szybko dostać się do hotelu (St. George’s za 207 tys Cedi za pokój z łazienką, wodą, tv i AC; 1 US$ = 9tys C).

W czwartek (10.02) rano (niemiłosierny upał) wybraliśmy się na poszukiwanie bankomatu. Niestety okazało się, że w całej Ghanie jest ich b mało, a jeśli już są działają tylko na karty Visy. My mieliśmy Visę kredytową i z niej musieliśmy (mimo wysokiej prowizji) podejmować Cedi. Mieszkańcy Accry zachowywali się wobec nas b przyjaźnie (dużo uśmiechów, pozdrowień). Miasto (2mln) nie ma w sobie nic ze stołecznego splendoru: wzdłuż ulic stragany, budy, warsztaty, niska, brudna zabudowa, kobiety noszą na głowach całe kramy (małe przenośne sklepiki, owoce, wodę w cynowych misach, czyli po prostu wszystko). Główne ulice dość szerokie (często jednokierunkowe), ale bez problemu można spotkać na nich stadko kóz. Środkiem transportu miejskiego (i krajowego) są przede wszystkim tro-tro (b rozklekotane mikrobusiki Nissana, Toyoty, Merca) o gumowej pojemności; cena za przejazd po mieście jest b niska (500-1000 C). Oprócz tro-tro funkcjonują jeszcze taxi (często zabierające wielu pasażerów na raz). Boczne ulice bywają niewybrukowane, są kolejnym źródłem wszechobecnego tu kurzu (najwięcej kurzu przynosi harmattan – gorący, suchy wiatr z Sahary), śmietników tak w Akrze jak i w całej Ghanie brak. Każdy wyrzuca swój śmieć tam gdzie przestał go używać, podobnie toalety to zwykle mury domów lub odkryta (b cuchnąca) kanalizacja miejska lub plaża toteż wiele płotów zdobi napis „do not urinate here” lub „do not defecate here”. Naczynia używane w ulicznych jadłodajniach są zwykle wielorazowe, rzadko myte, jedzenie nakładane tymi samymi rękami co nieprawdopodobnie brudne banknoty Cedi (największy nominał to 20tys C, czyli 2,5$ !!!). M.in. dlatego tyfus, polio, malaria i inne choroby to b b poważny problem, na rozwiązanie którego oczywiście brak funduszy. Około południa wyruszyliśmy do Cape Coast (oczywiście tro-tro, autobusów jest tu b mało). Trotro odjedzie dopiero, gdy się zapełni (a jest jak zawsze „gumowe”), trudno jest więc planować czas odjazdu. Do tego, jeśli wysiądzie się gdzieś po drodze, w małej miejscowości – b trudno się stamtąd wydostać. Przemykają przed oczami pełne tro-tro jadące do większego celu…Trotro są tanie, choć właśnie podczas naszego pobytu cena benzyny wzrosła skokowo o 50% powodując demonstracje i protesty kierowców oraz ich, oburzonych podwyżką cen biletów, pasażerów. Zaletą trotro jest bilet z wypisaną stałą dla wszystkich (także białych!) ceną oraz duża szybkość (gdy już ruszy J ). Dotarcie na dworzec Kaneshi w Accrze (dworców w każdym ghanijskim mieście czy miasteczku jest wiele…) było uciążliwe: żar z nieba, dworzec leży po środku ogromnego, zatłoczonego do granic możliwości targu gdzie b trudno znaleźć właściwy busik (wyjechanie z takiego dworca- bazaru też nie jest łatwe). Zlitowała się nad nami jakaś dziewczyna z całym straganem na głowie: wskazała trotro do Cape Coast i kasę biletową (buda sklecona z desek, w niej decha-biurko, okienko i b ważny pan bileter). W rozpadającej się b brudnej toyocie upchnięto 23 osoby, droga do CC jest w przebudowie (jak wszystkie drogi w Ghanie!) więc znacznymi odcinkami jechaliśmy po czerwonej, b kurzącej i trzęsącej żwirówce. Ok. 160 km jechaliśmy przez zieloną sawannę z wysokimi kopcami termitów i rzadko rozrzuconymi wysokimi drzewami, poprzetykaną licznymi wioskami – domy murowane lub gliniane, kryte blachą falistą lub strzechą. Na każdym postoju trotro są oblegane przez sprzedawców ananasów, pomarańczy, papai, smażonych plantainów (rodzaj banana jadalnego dopiero po ugotowaniu), ciastek, chustek do ocierania potu, zimnej wody w torebkach, pasty do butów lub zębów i innych różności – oczywiście cały towar jest trzymany na głowach w oszklonych drewnianych skrzynkach lub cynowych misach. W Cape Coast (dworzec oczywiście na bazarze) pieszo ruszyliśmy w poszukiwaniu hotelu. Taksiarze – jak na widok białych z plecakami nie byli zbyt namolni, dzieci krzyczały za nami „hello obruni” (halo biały człowieku), było to b powszechne witanie nas, lub uśmiechnięte od ucha do ucha na jednym wdechu: „helobruni hałarjufajn fenkjuu”) Zdecydowaliśmy się na nowy (więc i dość czysty) hotelik Mighty Victory (140tys C/2os, z wiatrakiem i b przyzwoitą łazienką). Cape Coast ma ładną nadmorską promenadę (z b licznymi charakterystycznymi dla całego wybrzeża łodziami rybackimi – z jednego pnia drzewa, wąskie, b długie łodzie, napędzane prymitywnym żaglem, często kolorowo malowane). W miasteczku normalne (w naszym znaczeniu) sklepy prawie nie występują, mnóstwo jest zaś straganów dosłownie ze wszystkim (np. telewizory sprzedawane bez pudeł, stoją wprost na piachu, podobnie meble – łóżka, kanapy, fotele, obok pyszna ryba z grilla lub częściowo obrane nadkrojone od góry pomarańcze do wyciskania sobie soku, smażone plantainy, warsztat szewski, plastiki itp.). Ludzi na ulicach jest b dużo, zawsze b kolorowo ubranych (kobiety często w chustkach charakterystycznie wiązanych na czole), wielu mężczyzn chodzi w kolorowych koszulach sięgających ziemi, na nogach wszyscy noszą gumowe „japonki”. Niestety, tutejszy angielski (choć to ghanijski język urzędowy) dla nas był b trudno zrozumiały (skarżyli się na to także i „native speakers”), a nasz angielski dla Ghanijczyków jeszcze mniej…

W piątek (11.02) zjedliśmy śniadanie z ulicznego straganu (ryż z makaronem, fasolą i czymś jeszcze polane b ostrym sosem, 5tys C) i z kolejnego dworca (tym razem na Kotokuraba Market) złapaliśmy trotro do Parku Narodowego Kakum. Chroni on ostatnie obszary lasu równikowego na południu Ghany, a jego największą atrakcją jest 7 spacerowych kładek (wstęp aż 90tys C/os) zawieszonych na sznurach w koronach potężnych drzew, na wysokości 30 – 40 m, skąd można obserwować piękny las (i tylko las bo nielicznie występujące tu zwierzaki wyniosły się w mniej uczęszczane rejony parku). Przepuściliśmy hałaśliwą szkolną wycieczkę i w 9 osobowej grupie „zaliczyliśmy kładki” (dla nas bez większych emocji) i już we dwoje zrobiliśmy krótką wycieczkę do lasu (cykady grały ogłuszająco, piękne motyle, gęste paprocie, drzewo obwieszone gęsto zwisającymi ptasimi gniazdami). Przy szosie do Cape był mini straganik z pomarańczami (3 sztuki za 1tys C) oraz kenkey, czyli kluchą ze sfermentowanej kukurydzy zawiniętą w liść palmowy, po drzewach hasały małpy, a kenkey było przygotowywane w charakterytycznym glinianym piecu umieszczonym w chacie-szałasie wprost na ziemi). Z powrotnego trotro obserwowaliśmy wioskowe życie: zbiór pomarańczy, kobiety ubijajace prawie 2 metrowymi tłuczkami ciasto na fufu (kasawa), banku (plantain lub yam) lub kenkey w ogromnych stągwiach. Sporo kobiet uczestniczyło w budowach, dźwigając na głowach duże gliniane cegły lub produkując je, dzieci noszone są zawsze na plecach w ciekawie wiązanych chustach (wydaje się że kobiety tutaj są znacznie znacznie bardziej pracowite od mężczyzn). W Cape Coast zwiedziliśmy jego główną atrakcję zamek-fort Cape Coast Castle (imponująca budowla usytuowana na skarpie nad oceanem, niestety nie zachowało się nic poza budynkiem i licznymi armatami rozstawionymi na murach, 1637r).

Sobota, 12.02 –  na śniadanie fufu (b smaczna klucha z tłuczonej kasawy, pływająca razem z jajem lub mięsiwem w ostrym pomidorowym sosie, 2,5tys C) oraz po 5 pomarańczy (za 1tys C). W pobliżu naszego hotelu jest wzgórze , na którym wznosi się kolejny malutki fort Victoria (1702r). Zdecydowalismy się tam wejść. W opustoszałym forcie czatował na turystów samozwańczy przewodnik (który absolutnie nic nie wiedział ani powiedział o obiekcie), daliśmy mu na odchodnym 5tys C, po zejściu otoczyło nas 3 młodzieńców, żądających opłaty za wstęp. Powiedzieliśmy, że już zapłaciliśmy komuś na górze, z wrzaskami oburzenia popędzili na szczyt zapewne zabrać łup „przewodnikowi”. Później pojechaliśmy do 20tysięcznej Elminy (15 km, w trotro wystrojona na fioletowo Murzynka z szerokim uśmiechem wyjęła mi z ręki banknot 2tys C i zapłaciła nim za siebie) zobaczyć zbudowany w 1482 roku przez Portugalczyków St George’s Castle, który jest najstarszą zachowaną budowlą zbudowaną przez Europejczyków w subsaharyjskiej Afryce, przy okazji Miejscem Światowego Dziedzictwa UNESCO. W forcie tym znajdują się słynne „drzwi bez powrotu” przez które miliony czarnych niewolników przechodziło na statki wiozące ich do Ameryki, z której już nie wracali. W Elminie jest jeszcze St Jago Fort, zlokalizowany na drugim wzgórzu, który jako chyba jedyny w Ghanie nigdy nie służył do handlu niewolnikami, a jedynie stanowił wsparcie dla głównego fortu St George’s. U stóp fortów rozciąga portowa laguna (bardzo zanieczyszczona, czarna woda ze stosami śmieci) z licznymi łodziami rybaków. Warto tu jeszcze obejrzeć posubany – (znajdujące się w opłakanym stanie budynki, stanowiące punkty zborne lokalnych klanów, ozdobione przedziwnymi, kolorowymi i nieco tandetnymi gipsowymi figurkami) oraz stary holenderski cmentarz. Szybko przyczepił się do nas jakiś „przewodnik”, na spławienie którego poświęciliśmy 10tys C, nie daliśmy się natomiast naciągnąć pseudo-ofiarodawcom muszelek z wypisanym moim imieniem (o które mnie wcześniej spytali). W miasteczku trwały pogrzeby – stypa w Ghanie to 7 rozśpiewanych i roztańczonych dni, kobiety w eleganckich czarno-czerwonych sukniach i chustkach z węzłem na czole, mężczyźni na czarno (także w długich do ziemi koszulach) z przypiętymi do piersi xerówkami zdjęcia zmarłego. Jest to też rzadka chyba w Ghanie okazja do picia alkoholu (papierosów pali się b mało, nie jest to tutejszy zwyczaj!). Dzieci krzyczały tradycyjne „hello obruni” i podawały nam rękę (często mówiąc przy tym „10 thousands cedis” lub „give me a pen”, nie obrażając się gdy to ignorowaliśmy). Wróciliśmy wieloosobową taxi (po 5tys C), wysiadając zeń trochę wczesniej by zwiedzić przydrożne b biedne wioski (wszystkie domy i płoty plecione z trzciny). W jednej z chat zaproszono nas do obejścia, za robienie zdjęć daliśmy 10tys C. W Ghanie i Togo (a podobno w całej Afryce Zachodniej) obsesyjnie nie znoszą aparatu fotograficznego. Nieprzyjazne miny i gesty pojawiają się przy każdej prawie próbie fotografowania człowieka, straganu lub domostwa. Często rezygnowaliśmy więc dla zachowania dobrej atmosfery. Jest to nieuzasadniona dla nas fobia, która na pewno jeszcze bardziej obniża poziom tutejszych turystycznych przyjemności. W Cape Coast w wytwornej Cafe Oasis uraczyliśmy się całkiem dobrym (i b zimnym) ghanijskim piwem Star (7-10tys / 0,7L; podczas naszego pobytu temperatury to 32-39C w dzień oraz 25-28C w nocy (dane meteo; Ghana jest jednym z najcieplejszych krajów świata), czyli żar ze słonecznego nieba, tłumiony jedynie czerwonawym kurzem nawiewanym z Sahary i z pól) i przeszliśmy na b ciekawy, kolorowy targ.

Niedzielny ranek (13.02) spędziliśmy na następnym dworcu oczekując (ok. 30 min) na zapełnienie się trotro do Kumasi. Mieliśmy czas na dworcowe śniadanie: kenkey, lokalne ciastka i pyszne sfermentowane piwo z b dziwnych czerwono-czarnych owocków pamu serwowane z naczynia i w miseczce z wydrążonej tykwy. W czasie 3 godzinnej jazdy mijaliśmy wioski, w każdej, nawet najmniejszej po kilka kościołów chrześcijańskich różnych wyznań (od katolickich przez protestanckie, luterańskie, mormońskie, jehowy, różnych świętych dni ostatnich lub ósmych)  oraz skromny, schludny meczecik. Islam robi furorę w krajach regionu – po pierwsze są tylko 2 podobne odłamy, ponadto znacznie mniej chce pieniędzy od swych wyznawców – jak głoszą napisy meczety często sponsorowane są przez wspólnoty np. z Kuwejtu. Jałumużna wymagana przez tą religię jest poświęcana na potrzeby biednych współwyznawców (a takich jest tu b b dużo). Ludzie idący na nabożeństwa ubierają się schludniej, czyściej i jeszcze bardziej kolorowo. Mijaliśmy też b liczne w Ghanie kontrole policyjne (zatrzymują pojazd, inkasują łapówę i można jechać dalej, odsikanie się tuż przy policjancie przez kierowcę czy pasażerów traktowane jest zupełnie normalnie). Kumasi (1 mln, drugie miasto Ghany) to stolica regionu ludu Ashanti. Tradycyjni mężczyźni Ashanti noszą togi (jak w Rzymie) białe lub kolorowe i wzorzyste. Lud Ashanti ma swego króla (i matriarchalne dziedziczenie tronu) zamieszkującego w pałacu zbudowanym przez Brytyjczyków. Poprzedni pałac (1925r, również przez Brytyjczyków, oba wyglądają jak zwyczajne domy) przerobiono na muzeum władców Ashanti ( Manhyia Palace Museum-wstęp 40tys C, b miła przewodniczka, dość interesujące zwiedzanie, choć niewiele do zobaczenia, bo historia ludu jest stosunkowo uboga i płytka, zdjęć robić nie wolno). W mieście jest największy w Afryce Zachodniej targ Kejetia (z góry wygląda jak gigantyczne slamsowisko – rzędy ochydnych bud), w niedziele b niemrawy. Na obiad wybraliśmy się do National Cultural Centre (czyli warsztaty i sklepiki z badziewiem turystycznym), ale rekomendowana przez wszystkich tamtejsza restauracja nie serwuje w święta tradycyjnych posiłków, a podanym kurczakiem strułam się potwornie (kilkudniówka). Naszym hotelem w Kumasi był b ochydny – Menkah Memorial (unikać jak ognia, podobno b sympatyczny jest odnowiony Presbyterian Guesthouse) – ponury, b brudny, woda jedynie z wiadra i to w b ograniczonej ilości, komary, 100tys C „apartament”!!).

W poniedziałek (14.02) zjedliśmy tradycyjne ghanijskie śniadanie – kobiety rozkładają rankiem na ulicach palenisko z węgla drzewnego, stolik i ławki i gotują: kakao („Milo” firmy Nestle, główny eksportowy produkt Ghany, surowe owoce kakaowca nie mają nic ze smaku an zapachu kakaa), kawę (Nesca), herbatę Liptona z obowiązkową tłustą śmietaną z puszki oraz jajecznicę (żółtka zupełnie białe) z białym bezsmakowym chlebem (ok. 20tys C za 2 osoby). Przeszliśmy w poszukiwaniu bankomatu do dzielnicy bankowej (zupełnie nie podobnej do euro-amerykańskich czy azjatyckich), a potem pojechaliśmy do małej wioski Ejisu (20km), gdzie miało być muzeum królowej matki, która na początku XX stawiła zbrojny opór Anglikom ratując kultowy królewski złoty stołeczek plemienia Ashanti. Muzeum oczywiście nie było, ale zaprowadzono nas do siostry obecnej królowej matki (więc i potencjalnej kandydatki na rodzicielkę dalszych królów), którą okazała się być najbrudniejsza z otaczających nas starszych kobiet. Zostaliśmy jednak przyjęci b uroczyście (tłumaczem był dwudziestoparoletni kuzyn siostry królowej) i w licznym pochodzie zaprowadzeni przez plantacje kakao, kasawy, manioku  i in. do starej, glinanej jeszcze części Ejisu. Po drodze przekroczyliśmy pojedyncze tory jedynego pociagu (Accra-Kumasi raz dziennie w każdą stronę, w Kumasi wzdłuż toru rozłożone są stragany Kejetia Market, zbierane w pośpiechu gdy nadjeżdża pociąg). Tu jedyny raz ludzie nam chętnie i z życzliwoscią pozowali do zdjęć, kwota 50tys C napiwku sprawiła, że do szosy zostaliśmy odprowadzeni przez równie liczny i dostojny korowód. Był spory kłopot ze złapaniem trotro bo Ejisu nie jest stacją docelową, wszystkie przejeżdżające pojazdy były totalnie zapchane, a pojedyncze miejsca natychmiast zajmowane przez pchających się czarnych oczekujących. Jako biali turyści nie mieliśmy uprzywilejowanej pozycji, wręcz przeciwnie. Nasi gospodarze użyli fortelu – przeszliśmy trochę do przodu i udało się złapać wieloosob. taxi (po 5tys C, trotro po 2tys). Wieczorem wybraliśmy się na imponujący rozmiarami, ale nie różnorodnością towarów targ Kejetia. Wygląda na to, że podstawową pracą w Afryce Zach jest handel (tylko kto kupuje??), towary b tandente, przedmioty codziennego użytku, ubrania i jedzenie (słowo bezrobocie jest pojęciem nieznanym, to problem jednostki czy ma pracę czy nie, państwo się tym w żaden sposób nie przejmuje, ani nie liczy zatrudnionych lub nie). Na targu byliśmy b mile pozdrawiani (mogliśmy też popróbować nieznanych potraw), często podawano nam rękę, a mnie dotykano by pomacać jasną skórę obruni.

We wtorek (15.02) wyruszyliśmy do Fiema-Boabeng Monkey Sanktuary, czyli rezerwatu małp (położonego w pobliżu 2 wiosek Fiema i Boabeng). Poczekaliśmy ok. godziny na trotro (zaliczając 3. już dworzec w Kumasi) do Techiman (12tys C  + tradycyjna opłata za bagaż – nasz spory plecak kosztował zwykle do 10tys C), gdzie błyskawicznie przesiedliśmy się do wieloosob. taxi do N’koranzy  (5 tys C). Tu znów wpakowano nas do b zapchanego trotro (3tys C) do Fiemy i Boabeng – ok. 20km drogą gruntową (odległych od siebie o jakieś 2 km). Pomiędzy wioskami położony jest ubogi hotelik (czyste pokoje z wiatrakiem i łóżkami, 40tys C), z wodą w studni (ale zdatną do picia – chyba ewenement w Afryce), serwuje też skromniutkie posiłki (innej opcji nie ma, w wioskach brak sklepików czy restauracji) po 20tys C obiad i 10tys C śniadanie. Spotkaliśmy tu parę Anglików – wolontariuszy, emerytowanych nauczycieli angielskiego w szkole w Fiema (edukacja, nawet przedszkolna, jest płatna, w miastach szkoły to duże płaskie, brudne budynki z otworami bez szyb i drzwi, w wioskach często też „pod drzewem”. Szkoły są w każdej wiosce, toteż brakuje nauczycieli (są oni „od wszystkiego”, a nie wyspecjalizowani w poszczeg. przedmiotach), dzieci uczą się w jednolitych strojach np. pomarańczowo-brązowych, fioletowo-czarnych, niebiesko-zielonych). Stałymi mieszkańcami były też 2 Kanadyjki – badaczki małp, ale akurat wyjechały z rezerwatu. Wstęp kosztuje 40tys C (jednorazowo) + 10tys C napiwku dla przewodnika (prowadzi on na spacer po lesie, demonstruje różne drzewa np. jedno drzewo zaczyna obrastać drugie, wbijając w pień swoje korzenie. Po pewnym czasie drzewo matka umiera i pozostaje tylko drzewo pasożyt, stojące na ażurowej konstrukcji korzeni oraz najważniejszą atrakcję terenu: 2 gatunki małp: małpy Mona i czarno-białe Colobusy. Mniejsze Mona jako mniej płochliwe 2 razy dziennie przychodzą do wiosek i kradną jedzenie (mogą to robić bezkarnie gdyż wg wierzeń w małpach żyją ludzie, mają nawet swój cmentarz identyczny jak ludzki), resztę czasu spędzają w niższych partiach drzew żywiąc się wszystkim co znajdą lub upolują. Większe, piękne Colobusy nie przychodzą do wsi (jedynie czasem podkradają glinę), żywią się liściami, przebywając wysoko na gałęziach, ich piękne puszyste białe długie ogony służą do zachowywania równowagi przy skokach, ich rodziny często walczą ze sobą – są terytorialne.

Środa (16.02) dzień relaksu – chodziliśmy po miejscami pierwotnym lesie, śledząc liczne stada hałaśliwych małpiszonów oraz po obu wioskach. Wszyscy nas miło i z uśmiechem witali także i budowniczy wioskowej latryny (ale aparatu lepiej nie wyjmować – natychmiast pojawia się żądanie zapłaty).

W czwartek (17.02) postanowiliśmy wcześnie wyruszyć do największej chyba atrakcji kraju – Mole National Park. Już podczas śniadania widzieliśmy 2 zapełnione trotro zmierzające do N’koranzy. Przed ósmą znaleźliśmy się na przystanku („pod dużym drzewem”) w Fiema. Czekały 2 kobiety, potem przybyło chętnych. Gdy po ponad 2 godzinach przyjechało pełne już trotro wszyscy rzucili się w jego kierunku, dla nas zabrakło miejsca! Puściłam im tekst o rozczarowaniu ich rzekomą gościnnością, którą sami się b chwalą (Ghanijczycy uważają się za najsympatyczniejszych mieszkańców Afryki Zach a może i całego kontynentu, ciekawe kto im to powiedział??). Pojazd odjechał i zaraz ktoś zaproponował nam transport do N’koranzy za 100tys C (trotro od 2 osób 7tys C !). Odmówiliśmy. Po pewnym czasie to samo trotro wróciło – jakoby specjalnie po nas. Mnie wsadzili na trzeciego z przodu, ale Mirka ludzie nie chcieli wpuścić do środka! Kierowca i jego towarzysz b długo im tłumaczyli by zrobili miejsce w samochodzie – wreszcie się udało. Za chwilę auto zatrzymało się i dosiadło 5 dzieci (znalazło się miejsce! Mirek miał współpasażera na kolanach). Dotarliśmy więc po prawie 4 godzinach do N’koranzy (nasze najdłuższe oczekiwanie na trotro) gdzie bez problemu złapaliśmy transport do Techiman, a stamtąd do Kintampo. Tu oczywiście okazało się, że do Mole nic nie jeździ. Do Tamale łatwiej było się dostać (dla wyjaśnienia: Kinatmpo położone jest jak Warszawa, Park Mole jak Szczecin, Tamale jak Suwałki. Jedyna droga wiedzie przez Gdańsk-Fufulso, ale tu nie ma sensu wysiadać ponieważ jedyny stąd dojazd do Szczecina-Mole to raz dziennie jeżdżący autobus z Suwałk-Tamale, który się jeszcze w dodatku tu nie zatrzymuje!, ruch lokalny jest znikomy. Wszyscy jeżdżą więc z Wwy-Kinatmpo do Suwałk-Tamale i tymże autobusem do Szczecina-Mole). Takich kuriozów komunikacyjnych w Ghanie jest b dużo. Nie mieliśmy ochoty na taką podróż, tym bardziej że trotra do Tamale tylko przejeżdżają przez Kintampo, są zatem bardzo zapchane a odległości duże – szkoda nam było dnia. Zdecydowaliśmy się na wynajęcie taxi –Daewoo-Tico od razu do Mole Park. Po długich targach stanęło na 400tys C. Krajobraz za Kintampo zmienia się znacząco – znikają drzewa, rośliność niska, sucha, nawet tak charakterystyczne dla ghanijskiego obrazu ogromne termitiery (nawet 2-3,5 m) zrobiły się szare a nie czerwone jak dotychczas; wioski b ubogie, bez straganów i obnośnych sprzedawców, składające się z utworzonych przez okrągłe gliniane kryte strzechą chatki ustawionych również na planie okręgu kilkunastu obejść; w większości wsi brak prądu, zapewne też duże kłopoty z wodą; wiatr (w każdym trotro czy taxi rolę klimatyzacji pełnią szeroko otwarte okna) b gorący i suchy. Na rozstajach w Fufulso taksiarz wziął 2 pasażerów pod pretekstem, że nie zna drogi (droga stąd jest tylko jedna, gruntowa bez żadnych skrzyżowań!). Wkrótce Tico nie wytrzymało wstrząsów i coś zaczęło w nim łupać. Na szczęście jeden z pasażerów umiał je naprawić (kierowca nie miał nawet właściwych kluczy). Perspektywa czekania na cokolwiek co by nam jakoś pomogło w bezcieniowym żarze na tym pustkowiu wyglądała rozpaczliwie. Dojechaliśmy do niejakiego Damengo (stąd jeszcze 40km do Mole) gdzie najpierw wysiadł jeden z pasażerów, samochód obleźli jacyć podejrzanie wyglądający cinkciarze a taksówkarz oświadczył, że miał nas dowieźć tylko dotąd, dalsza podróż to dodatkowe 150tys C. Wkurzyliśmy się strasznie: umowa jest umową (ale nie dla Murzynów z Ghany), a my nie umawialiśmy się przecież na przywiezienie do miejscowości, której nazwy nigdy nie słyszeliśmy! W ostateczności kazałam zawracać do Kintampo bez płacenia! O dziwo poparł nas pozostały pasażer (ten sam, który naprawił auto) i ruszyliśmy do Mole. W Larabandze (mała wioska 6km przed parkiem) znów się ktoś dosiadł. Do bram parku dotarliśmy o zmierzchu, ok. 18-ej. Po krótkiej dyskusji, że nie będziemy płacić za wjazd naszych pasażerów i samochód wysiedliśmy, zapłaciliśmy taksiarzowi, strażnikom za wstęp (po 40tys C) i poszliśmy pieszo 2 km do hotelu w Parku Mole. Najpierw powitało nas pasące się na przednich kolanach stado guźców, potem spora antylopa, gromadka pawianów, a na końcu ogromny, majestatyczny …słoń – wszystko tuż obok nas. To trochę zrekompensowało trudy dnia. Niesamowicie zakurzeni, zmęczeni i brudni dotarliśmy do hotelu. Warunki b dobre, przyjemne pokoje z łazienką (180tys C), restauracja ze wspaniałą kuchnią ghanijską a nawet odkryty basen. Rozmawialiśmy z parą młodziutkich Kanadyjczyków – wolontariuszy językowych. Dowiedzieliśmy się, że prócz ceny biletów za wolontariat musieli zapłacić jeszcze po 700 US$ za swoje 3 miesięczne utrzymanie (mieszkali u dyrektora szkoły, ich zdaniem z Ghanijczykami b trudno wejść w jakieś bliższe, bardziej przyjacielskie kontakty, narzekali na humory pani domu). Ktoś (w międzynarodowej skali) robi na tym niezły interes (ghanijska rodzina dostaje z tych 700$ jedynie połowę, a przecież z pewnością i organizacje humanitarne dokładają do całej inicjatywy).

Rankiem w piątek (zbiórka o 7:00) poszliśmy na piesze safari (6 turystów + przewodnik z bronią), widzieliśmy dużo antylop, guźce, krokodyle w bajorze, pawiany a na koniec więcej niż 30 słoni kąpiących się w sadzawce. Mogliśmy je obserwować z odległości 30-40m. Z hotelu roztacza się wspaniały widok na sawannę ze słoniami (duużo), pawianami i antylopami. Po terenie ośrodka biegają pawiany, pasą się guźce. Super!!! Ok. 11-ej upał był już nie do wytrzymania do tego b suche i gorące powietrze. W tych warunkach 6km spacer czerwoną żwirówką do Larabangi okazał się wyczerpujący. W Larabandze jest jednak słynny XVw meczet w stylu kaktusowym (podobno najstarszy budynek w tej części Afryki) i musieliśmy go obejrzeć. Akurat trwały modły, trzeba było chwilę poczekać, uiściliśmy opłatę po 10tys C „na konserwację” i bez problemu mogliśmy go obfotografować wraz z otaczającymi go ludźmi (do środka niewierni wstępu nie mają). Podobnie zresztą jak i całą Larabangę, dla nas wyjątkowo sympatyczną (zdjęcia bezproblemowe, dzieci podchodziły się przywitać a „przewodnicy” b szybko odstąpili). Wodę przywozi się aż z parku Mole samochodami w rozmaitych beczkach i karnistrach (także w tutejszym hoteliku jej brak daje się we znaki) – bród, smród (główna latryna tuż przy największej „restauracji”, czyli budzie z desek z deskowym barem) i nędza, warunki do życia straszne. Powrót w upale był znów wyczerpujący, w hotelu więc zalegliśmy obserwując guźce i pawiany.

Sobota: jedyny środek komunikacji – autobus do Tamale wyrusza teoretycznie o 4:30. Opóźnił się tylko o 15 minut!, razem z nami jechało jeszcze 6 białych. W drodze dosiadł się prawdziwy tłum lokalnych z niezliczonymi tobołami. Autobus jak na stan drogi (w większości gruntowa i dziurawa) i ogromne obciążenie jechał dość żwawo i już ok. 9ej byliśmy w Tamale – stolicy Ghany północnej. Zdecydowaliśmy się na Al Hassan hotel (położony tuż obok dworca), raczej brudnawy i obskórny (dwójka z łazienką i wiatrakiem 80tys C). Może on jednak poszczycić się naprawdę dobrą restauracją (sycący obiad z piwem kosztował nas 55 tys C), gdzie po raz pierwszy do tradycyjnych ghanijskich potraw (klucha banku z mięsem i ostrym sosem) jedzonych zawsze bez użycia sztućców dostaliśmy miskę z wodą i płyn do mycia rąk.Okazało się, że festiwalu z okazji muzułmańskiego nowego roku (w Larabandze miał się odbyć) nie będzie ze względu na żałobę po ciągle nie pochowanym (2 lata od zabójstwa) królu tutejszego ludu Dagomba (władca miał 22 ogolone na łyso żony, zamieszkiwał wraz z nimi w Yendi, w glinianym pałacu, który teraz stoi pusty, bo żony ze strachu przeniosły się do koszar policyjnych). Z tego powodu zrezygnowaliśmy z wizyty w Yendi. Położone na wzgórzu Tamale nam b przypadło do gustu. Ludzie (głównie muzułmanie; o odpowiednich porach mężczyźni wyciągają dywaniki i bijąc pokłony modlą się z twarzami w stronę Mekki, kobiety b kolorowo ubrane, ale w chustkach) bardziej przyjaźni a mniej nachalni, dzieci nam machały, ale bez okrzyków a tym bardziej żądania pieniędzy. Atrakcji turystycznych tu jednak brak, nie licząc rzadkiej już tradycyjnej okrągłej zabudowy (gospodarstwa na planie koła), krytej strzechą oraz straganów z suszonymi krowimi łbami i kopytami. Przeszliśmy się do hotelu misji katolickiej (niestety zbyt daleko od centrum), która jednak wydaje się być bardziej seminarium dla kleryków z Ghany niż tym co potocznie uważane jest za misje. Transport lokalny wygląda na mniej powszechny niż w Accrze czy Kumasi, owoce (pomarańcze i ananasy) znacznie droższe (sucho). Jak we wszystkich miastach Ghany (ze stolicą włącznie) pałętają się stada kóz. Podobnie charakterystycznym widokiem są uliczne zakłady fryzjerskie – koślawy stołeczek, plakat z modelami i dziewczyny i kobiety robiące sobie nawzajem fryzury – im bardziej fikuśnie zaplecione warkoczyki tym bardziej elegancko. W Tamale spotkaliśmy dużo zakładów krawieckich (ale te już pod dachem).

Niedzielę ( 20.02) zaczęliśmy od mszy w katolickiej katedrze. Fajny był chórek przy akompaniamencie bębnów oraz sposób zbierania na tacę: wychodzi cała ławka, idzie na koniec kościoła gdzie stoją drewniane pojemniki, wrzuca ofiarę i wraca drugą stroną. Ludzie ubrani naprawdę odświętnie, ładnie i kolorowo; komunia podawana również przez czarne zakonnice, na rękę. Po mszy i tradycyjnym śniadaniu (jajka i kakao Milo za 30tys C) wyruszyliśmy państwowym autobusem STC do Accry (po 90tys C), ok. 600km –12 godz. Autobus wystartował punktualnie o 10:00, część pasażerów goniła go taksówkami. Zajęte były wszystkie zwykłe miejsca i wszystkie „dostawki” w środku (+- 70 osób i tylko my biali). Początek trasy nie zapowiadał czekającej nas mordęgi – bus jechał szybko, nawet 15 min odpoczynek w Kintampo nie przedłużył się za bardzo. Za Kintampo coś się zepsuło, na szczęście próba naprawy okazała się na tyle skuteczna, że przejechaliśmy ze 200km do Kumasi. Tu zjechaliśmy do warsztatu, reperacja potrwała godzinę. Przy panujących temperaturach, tłoku, kurzu atmosfera wewnątrz autokaru była nie do zniesienia nawet dla miejscowych (jedyna klimatyzacja to pootwierane okna) szczególnie na postojach lub gdy bus zwalniał. Zdarzało mu się to często ze względu na sunące wolniutko super-przeładowane, super-długaśne ciężarówy. Sporo takich tirów, a także osobowych trotro widzieliśmy całkowicie roztrzaskanych w rowach. W Ghanie śmiertelnych wypadków jest mnóstwo. Przyczyny to przeładowanie, fatalny stan techniczny dróg i pojazdów oraz nadmierna prędkość (choć trzeba przyznać tutejszym kierowcom, że są dobrzy, stłuczek prawie nie ma; albo wypadek tragiczny albo szczęśliwy powrót). Po naprawie ruszyliśmy dalej. Droga Accra – Kumasi to najważniejsza szosa kraju. Stan jej jest jednak fatalny (wąska, dziury, wyboje, częste remonty), do stolicy dotarliśmy po 13-tu godzinach od opuszczenia Tamale (okolice Kumasi od strony Accry to bujne zielone lasy na wzgórzach). Dworzec STC okazał się oczywiście nie tam gdzie podawał przewodnik. Udało się nam złapać jedną z 2 oczekujących taxi i pojechaliśmy do zachwalanego przez Lonely Planet hotelu kościoła metodystów, niestety w remoncie. Wróciliśmy więc do znanego już St. Georges, który tym razem wydał się nam luksusowy (TV, klima, duża łazienka z ciepłą wodą za jedyne 170 tysC!!, ale postanowiliśmy „podarować sobie odrobinkę luksusu”). Gdy taxi zajechała przed hotel sympatyczny współwłaściciel ostrym głosem kazał najpierw wjechać na teren a dopiero potem wyjąć plecak – „bo przecież jest noc!”. Widać Accra nie zawsze jest bezpieczna, choć na brak bezpieczeństwa my narzekać nie możemy (mało pijanych, brak agresywnych band młodzieżowych).

Poniedziałek (21.02) – dzień odpoczynku po podróży- spędziliśmy w Accrze. Smażone jaja na śniadanie zjedliśmy w rekomendowanej przez przewodnik restauracji White Bell, my ją jednak stanowczo odradzamy – kelnerki mają prędkość i wdzięk krów, z pewnością też oszukały nas na rachunku (nasza wina!). Zwiedziliśmy ogromną, nowoczesną katedrę i poszliśmy do mauzoleum ich bohatera narodowego, twórcy niepodległej Ghany – Nkrumaha. Otoczone jest parkiem pełnym symboli: np. 7 postaci męskich w fontannie to 7 dni stworzenia świata, dmą one w rogi – tak powiadamia się w Ghanie o śmierci (tym razem Nkrumaha), z rogów tych leje się woda – symbol życia („wiecznie żywy …”). Granitowy szarawy budynek mauzoleum (projektu chińskiego architekta, który naszym zdaniem musiał studiować w Moskwie) to drzewo – pod którym pragnie odpoczywać każdy Murzyn, jego gałęzie są jakby niedokończone, bo praca prezydenta też jeszcze nie zostałą zakończona itd… Ciekawe i przyjemne miejsce (wstęp po 15tys C + 15tys C za aparat foto). Kolejny etap to plaża miejska (ale nie w stonę slumsowatych okolic James fortu, lecz w przeciwną), przerobiona na toaletę publiczną, ze stadami sępów wśród śmieci. Ładnie prezentował się jedynie odcinek wybrzeża przy luksusowej restauracji, z widokiem na skalisty klif i drewniane łodzie (ponieważ prawie nie używa się silników łodzie wyruszają na połów wczesnym rankiem gdy wiatr wieje od lądu, a wracają po południu, gdy wiatr od morza; technika żeglowania jest b prymitywna, nie zmieniła się od tysięcy lat). Centrum bankowo – handlowe (czyli okolice bazaru Makola) to b interesujące, tętniące życiem miejsce. Postanowilismy sprawdzić sytuację w Togo (w niedzielę 6.02 zmarł prezydent, co spowodowało czasowe zamknięcie granic) i trotro udaliśmy się to togolańskiej ambasady, która jest zupełnie nie oznakowanym ani nie podpisanym budynkiem! Tu uspokojono nas, że wszysko jest OK i wizę tygodniową dostaniemy na granicy. Obiad zjedliśmy w restauracji przy Muzeum Narodowym (pyszny red red czyli fasola z mięsem, sosem i smażonym plantainem), gdzie znów chciano nas oszukać na 10tys C, ale się nie daliśmy. Odwiedziliśmy politechnikę – sale bardzo przepełnione, studenci siedzą przy maleńkich ciasno ustawionych stoliczkach, przewiewne okna z siatkami p. moskitom, do sal wykładowych b łatwo zajrzeć przez nieoszklone okna lub otwarte drzwi (klimatyzacja jest tylko w 1 nowym budynku). W Accrze przyciągaliśmy znacznie mniej uwagi niż gdzie indziej, choć jeśli złapaliśmy z kimś kontakt wzrokowy zwykle miło się usmiechał, łatwiej też było robić zdjęcia. W mieście jest b dużo żebraków, często ułomnych (nie otrzymują oni żadnych zasiłków), powietrze b zanieczyszczone, ulice zaś totalnie zaśmiecone. Roi się od  kantorów, banków, mniej niż gdzie indziej straganów z jedzeniem, ale za to napoje mrożone i owoce są godnie reprezentowane (ananasy, pomarańcze, kokosy, avocado, papaja, arbuzy). Również i w stolicy cały towar dźwigany jest na głowach: kobiety noszą misy pełne jaj, owoców, ciastek, facet z ryczącym radiem wielkości dużego tv (w ghanijskiej tv naszą uwagę zwróciły reklamy, są one bardziej śmiałe erotycznie niż u nas, np. pod sufitem kręci się z trudem zdezelowany wiatrak, na łóżku pod nim leży babcia, dziadek próbuje się do niej dobierać, ale babcia odpowiada „tu nie ma warunków na orgazm”. Zmiana sceny: pod sufitem wiruje nowiutkie cudo, dziadki leżą w łóżku przytuleni z b zadowolonymi minami). Pod wieczór miasto wyraźnie pustoszeje – kramy zamykano ok. 18ej i w miejscach które wsześniej były gwarne i ludne robi się pustawo. Raz wieczorem w całej okolicy hotelu wysiadł na krótko prąd.

We wtorek (22.02) rano złapalismy trotro (po 27tys C) do granicznego Aflao (w hotelu chciano od nas wyższą niż uzgodniona cenę, ale negocjacje trwały krótko). Napchało się mnóstwo osób aż pasażerowie zaczęli się kłócić i grozić opuszczeniem pojazdu gdy okazało się, że kierowca chce zabrać jeszcze jednego grubego pasażera (podwyżka cen biletów nie zrekompensowała podwyzki ceny benzyny). Droga początkowo to gładka dwupasmówka, szybko jednak zamieniła się w tradycyjną dziurawkę- kurzawkę. Jechaliśmy 3,5godz. W Aflao natychmiast obstąpili nas taksówkarze oferujący transport do stolicy Togo – Lome (odległego tylko o 2,5km), kobiety chcące zanieść nasz plecak na głowie, cinkciarze i żebracy. Z trudem oganialiśmy się od nich prąc w stronę przejścia. Z Ghany wydostaliśmy się bezproblemowo, wizy do Togo też wbito nam sprawnie, ponadto nikt niczego nie sprawdzał. Strażnik walił drągiem jakichś ludzi którzy próbowali wejść do Togo, my zostaliśmy grzecznie przepuszczeni i dziarsko ruszyliśmy do przodu. Tak dziarsko, że przegapiliśmy pierwszy z wybranych hoteli (idzie się wzdłuż całkiem ładnej piaszczystej, porośniętej palmami plaży) i postanowilismy iść do centrum Lome (do hotelu Mawuli – brudny, zapyziały z komarami, choć z łazienką i sympatycznym włascicielem, 5500CFA za pokój, 1US$=500CFA). Mawuli mieści się tuż obok najbardziej okazałego budynku w Lome – EKOWASu (bardzo oryginalny nowoczesny kształt) i zarazem tuż obok gigantycznego wysypiska śmieci!! Ulice Lome wydały się nam tańsze niż Accry (żywność, owoce na straganach: kokos 50CFA, pomarańcza 25CFA, ogromny obiad w restauracji 4100CFA / 2os), zaś sklepy istotnie droższe (choć i znacznie bardziej luksusowe, z klimatyzacją, kasami fiskalnymi, dużym wyborem towarów. W Ghanie taki standard można było spotkać jedynie na stacjach benzynowych Shella). Ogólnie Lome prezentuje się mało okazale, dużo kramów, stoisk na ulicach, sporo żebraków i nędzarzy, białych brak! Powietrze w fatalnym stanie bo zatruwają je b liczne motorki pełniące tu rolę taksówek, większość ulic nie brukowana dostarcza sporą porcję kurzu. Togo jest francusko języczne. Wyraźnie widać wpływy francuskie, kraj jest wciąż w dużym stopniu uzależniony od Francji zarówno politycznie jak gospodarczo (we Francji drukuje się walutę CFA).

Środa, 23.02. Na śniadanie zjedliśmy bagietki z mlekiem (b drogi produkt importowany- 850CFA) oraz charakerystyczny kleik-kisiel ze sfrementowanej białej kukurydzy (kwaskowy, b smaczny). Potem poszliśmy do Muzeum Narodowego (po 1000CFA za wstęp) – 2 skromiutkie salki, w których jest trochę skorup i figurek – porażka! Stąd zaś na market i na plażę. Na plaży pod palmami wypoczywają mieszkańcy miasta racząc się pysznymi kanapkami: bagietka z pastą z avocado z pomidorami i cebulą za jedyne 200-300CFA. Przeszliśmy w stronę granicy lawirując między łodziami i kobietami sprawiajacymi świeżo złowione ryby (jak zwykle dużo uśmiechów i pozdrowień). Przyczepił się też do nas jakiś oślizgły typ i zaczął za nami łazić. Zanim zdołaliśmy się go skutecznie pozbyć (metodą odwracania się i pokazywania go palcem) spotkaliśmy turystę z plecakiem…– Remigiusza Mielcarka. Jak się okazało super-podróżnika i pisarza w jednej osobie (fascynująca postać, dla mnie najciekawsze zdarzenie w Togo). Razem powłóczyliśmy się trochę po mieście, wypiliśmy tutejsze piwo (500CFA/0,7L) i sporo pogadaliśmy o podróżach i przygodach Remiego.

W czwartek zaraz po śniadaniu (makaron z fasolą i warzywami za 300CFA) pomaszerowaliśmy do granicy. Tym razem odprawy przebiegły b sprawnie (zażądano tylko żółtych książeczek szczepień), wopista w Togo chciał wpisać nasze nazwiska do ogromnej księgi, ale chyba przeraziło go ich brzmienie i zrezygnował. Przedarliśmy się przez chmary taksiarzy oferujących kurs do Accry decydując się na autobus STC (jednak luźniejszy i wygodniejszy na wyboistej drodze). Niestety, autobusem jechało mnóstwo ghanijskich business- women (zdecydowały się na autobus gdyż nawet do super pojemnych trotro – w których przewożono m.in. żywe kurczaki, czy stado kóz na dachu – nie zmieściłyby się ich bagaże wyładowane odzieżą z przemytu), na które czatowali celnicy w rozmieszczonych licznie wzdłuż całej trasy posterunkach. Za każdym razem żądali haraczu za nie kontrolowanie pojazdu, kobiety usiłowały coś wytargować, kłóciły się, jazda się przedłużała (200km jechaliśmy ponad 4godziny). W Accrze – obrażeni na St Georges hotel wybraliśmy Nkrumah Memorial Hotel (130tys C za pokój z AC, TV, lodówką i łazienką …bez światła; w Ghanie każdy chyba hotel musi mieć porozwalane sprzęty lub niesprawne instalacje…), pochodziliśmy jeszcze po centrum i poszliśmy spać.

W piątek (śniadanie u kobiet na ulicy – jaja i Milo, 20tys C) wyruszyliśmy na poszukiwanie trotro do Techi, gdzie znajduje się zareklamowany w programie National Geographic sklep z trumnami (w Ghanie trumna musi być drewniana by ciało mogło obrócić się w proch). Dotychczas widywaliśmy trumny b okazałe, malowane na biało, różowo lub brązowo, wykładane z zewnątrz lusterkami i lśniącym materiałem, ale w Techi produkowane są trumny o różnych kształtach – w zależności od upodobań czy zawodu zmarłego – np. krowa, orzeł, lew, kogut, butelka od piwa lub coca-coli, krab, okręt, aparat fotograficzny i inne, wszystkie kolorowo malowane (nie aż tak atrakcyjne jak na filmie, ale jednak b oryginalne). 1 egzemplarz kosztuje ok. 400-500 US$. Znalezienie właściwego trotro na dworcu Tema zajęło nam dużo czasu – dworzec jest b rozległy i odjeżdża zeń mnóstwo pojazdów. Byliśmy jednak życzliwie naprowadzani przez pytanych przechodniów. Po powrocie odwiedziliśmy Muzeum Narodowe (1tys C), tym razem ciekawe z interesującą ekspozycją sztuki afrykańskiej oraz czasową wystawą o historii handlu czarnymi niewolnikami. Po pysznym obiedzie w muzealnej restauracji (66tys C) poszliśmy na targ sztuki (dla turystów) gdzie kupiliśmy za ostatnie pieniądze kilka figurek – fertility dolls (tło tego opisu), potem na targ Makola, zajrzeliśmy jeszcze na stację kolejową z której odjeżdża raz dziennei pociąg do Kumasi.

Sobota – powrót do domu!!!

W drodze powrotnej Al Italia zgotowała nam niespodzianki: najpierw okazało się, że w Boeingu 767 z Accry do Mediolanu miejsca są nienumerowane – kto pierwszy ten lepszy!!! (jeszcze nigdy, a latamy przecież b dużo, z czymś takim się nie spotkaliśmy). Idiotyzm! (serwis w samolocie też był poniżej krytyki). Z kolei Boeing 737 z Mediolanu do Wwy miał podczas lotu jakąś awarię i musiał zawracać już po nabraniu pełnej wysokości. Na Malpensie doszli do wniosku, że nie nadaje się on do dalszej podróży i przesadzono nas do innego samolotu!!

Naszym zdaniem mieszkańcy Ghany i Togo są przeważnie b sympatyczni, ale jest to sympatia powierzchowna, gdy coś nie działa zasady gościnności łatwo złamać, umów nie trzeba dotrzymywać, próby oszukiwania, wyłudzania pieniędzy od białych są b częste. W Ghanie jest b bezpiecznie, agresywnych rozwydrzonych band nigdzie nie widzieliśmy, mieliśmy też przekonanie, że nawet kieszonkowcy nie grasują zbyt intensywnie.

Na zakończenie dowcip, który opowiedział nam Remi, a który oddaje prawdę o tym zakątku świata: spotykają się Biały i Murzyn. Biały chwali się wspaniałym, drogim zegarkiem: „patrz! Jaki mam zegarek!”, a Murzyn odpowiada: „ty masz zegarek, a ja mam CZAS!!!”.



Powrót do strony Nasze Podróże



Napisz do nas: mirek1410@gazeta.pl